Znacie to uczucie, gdy w sklepie pełnym cudnych rzeczy zakochujecie się w tej jednej jedynej? Tak właśnie było ze mną i z Panem Młynkiem. Jest elegancki, choć nieco nieśmiały, pieprz za to mieli wyśmienicie. Przygarnęłam go natychmiast, gdy wpadł mi w oko podczas wpadnięcia dosłownie na chwilę do Flensburga.
Półmisek i papiery to duńskie łupy. Zawsze miałam słabość do produktów firmy Rice, aż w końcu upolowałam coś, co mokrą jesienią i mroźną zimą będzie mi przypominało o naszej wakacyjnej przygodzie. Aż się prosi o to, by podać na nim jakieś pyszne babeczki :)
Tymczasem borem lasem odnawiamy kilka mebli w domu, więc kolejny post będzie o tym :)
english version
You know that feeling when in a store full of wonderful things suddenly you fall in love with the one and only piece? That's what happened with me and Mr. Mill. He is elegant, though a bit shy, but do his job very good. I bought it while we literally flew through Flensburg.
Platter and the papers are from Dannmark. I've always had a soft spot for Rice products, and eventually hunted something that will will remind me of our summer adventure in a cold winter afternoon.
Meanwhile, we renew some furniture in the house, so the next post will be about it :)
piątek, 26 lipca 2013
poniedziałek, 15 lipca 2013
Z wizytą w ojczyźnie Hamleta i klocków Lego
Odwiedzenie Danii mieliśmy w planach od dawna. Mój osobisty małżonek spędził w niej kilka pięknych lat i gdybyśmy się nie poznali, zamieszkałby tam na stałe. Los chciał, że spotkaliśmy się ponad jedenaście lat temu, gdy na krótko wrócił do kraju i tak już zostało :)
Postanowiliśmy więc wyskoczyć tam na kilka dni, przy okazji zabierając maluchy do Legolandu. Po kolei.... Odwiedziliśmy urocze miasteczko Vejle, które wciąż przewijało się w opowieściach Tomasza. Piękne zakątki, niezwykle mili ludzie, i TAKIE sklepy z pierdółkami do domu. Cierpiałam męki sprawdzając metki z cenami, bo cóż.... Dania do tanich państw nie należy. Symboliczne pamiątki jednak przywiozłam, o tym w kolejnym poście.
We had planned visiting Denmark for a long time. My personal hubby spent there a few good years and if we do not meet, he would stay there permanently. But we met more than eleven years ago when he briefly returned to the country, and it stayed that way :)
So we decided to pop in there for a few days, and take the little ones to Legoland. But first things first.... We visited the charming town of Vejle, which still returned in Thomas's stories about his Dennmark years. Beautiful places, very nice people, and oh boy, what a shops with home design! Checking labels with prices was pure torture because well .... Denmark isn't a low-cost country. However, I have some symbolic souvenirs, I'll show them in the next post.
Na zwiedzenie wszystkiego w Legolandzie (Billund) brakuje całego dnia! Szkoda, że nie mamy zdjęć z przejażdżek rollercoasterami, karuzelami, kolejkami, szalonymi wodnymi karuzelami, gdzie ciskają Cię w wodę, zrzucają w nią z wysokości..... bo sądzę że aparat by tego wszystkiego nie przeżył :) Więc by Was dłużej nie zanudzać, garść pamiątkowych zdjęć.
To explore everything in Legoland (Billund) all day isn't enough! Unfortunate we don't have pictures of rollercoasters rides, carousels, queues, crazy water rides where you're dropping into wather from a height..... I think that the camera wouldn't have survived it :) So I would not bore you any longer. There'ssome of our photos.
Postanowiliśmy więc wyskoczyć tam na kilka dni, przy okazji zabierając maluchy do Legolandu. Po kolei.... Odwiedziliśmy urocze miasteczko Vejle, które wciąż przewijało się w opowieściach Tomasza. Piękne zakątki, niezwykle mili ludzie, i TAKIE sklepy z pierdółkami do domu. Cierpiałam męki sprawdzając metki z cenami, bo cóż.... Dania do tanich państw nie należy. Symboliczne pamiątki jednak przywiozłam, o tym w kolejnym poście.
We had planned visiting Denmark for a long time. My personal hubby spent there a few good years and if we do not meet, he would stay there permanently. But we met more than eleven years ago when he briefly returned to the country, and it stayed that way :)
So we decided to pop in there for a few days, and take the little ones to Legoland. But first things first.... We visited the charming town of Vejle, which still returned in Thomas's stories about his Dennmark years. Beautiful places, very nice people, and oh boy, what a shops with home design! Checking labels with prices was pure torture because well .... Denmark isn't a low-cost country. However, I have some symbolic souvenirs, I'll show them in the next post.
Na zwiedzenie wszystkiego w Legolandzie (Billund) brakuje całego dnia! Szkoda, że nie mamy zdjęć z przejażdżek rollercoasterami, karuzelami, kolejkami, szalonymi wodnymi karuzelami, gdzie ciskają Cię w wodę, zrzucają w nią z wysokości..... bo sądzę że aparat by tego wszystkiego nie przeżył :) Więc by Was dłużej nie zanudzać, garść pamiątkowych zdjęć.
To explore everything in Legoland (Billund) all day isn't enough! Unfortunate we don't have pictures of rollercoasters rides, carousels, queues, crazy water rides where you're dropping into wather from a height..... I think that the camera wouldn't have survived it :) So I would not bore you any longer. There'ssome of our photos.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Krzesła w nowej odsłonie
Monotematycznie wciąż krzesła i krzesła.... ale skończyliśmy, więc wrzucam zdjęcia, by Wam pokazać jak wyszły.
Czyściłam je ręcznie papierem i miałam zamiar rozłożyć sobie tę pracę na dwa dni. Jednak czując jak bardzo jest to męczące zajęcie, postanowiłam "pyknąć" je na raz. Kilka godzin i po sprawie. Następnego dnia nie mogłam wstać z łóżka, bo to że bolało mnie całe ramie i dłoń to pikuś, ale znów dopadł mnie mój kręgosłup - odcinek lędźwiowy, który bardzo lubi utrudniać mi życie. Cóż, już jest lepiej i widok krzeseł stojących wokół stołu w kuchni (który, nawiasem mówiąc, też jest do wymiany) cieszy oko i pozwala zapomnieć o bólu.
Dwa z nich trzeba było skleić. Tu z pomocą przyszły pasy ściągające. Krzesła jedynie zawoskowaliśmy, bo bardzo podobał mi się kolor, jaki pokazał się po ich oczyszczeniu - jaśniejszy, chłodniejszy. Siedziska obiłam najprostszym płótnem lnianym.
Wosku zostało nam DUŻO, zatem pożyczamy szlifierkę i zabieramy się za dwa biurka, stół kawowy (nie mylić ze stolikiem, bo jest ogromny) z dziennego i krzesło, które stoi przy jednym z biurek. Pracy będzie sporo, ale już nie mogę się jej doczekać. Może przy okazji zmienię gałki w biurku? Czuję po kościach, że tak :)
Dzieci przyniosły mi dziś bukiet polnych kwiatków. Świetnie pasują do lnu!
english version
Chairs and chairs and chairs .... but we ended up, so here are the photos!
I cleaned all the chairs manually with the sanding paper, and I was going to lay out the work for the two days. But it was a very tiring job, so I decided to finish them at one time. A few hours and that's it. The next day I could not get out of bed because my whole arm and my back hurts like hell. Well, It's better now. Chairs standing around the table in the kitchen (which we have replace too) pleases the eye and lets you forget about the pain.
Two of them had to be glued. We put on them a coat of wax because we loved the color that showed up after sanding - lighter, cooler. I also upholstered the sits with simplest linen cloth.
We have PLENTY of wax left, so we borrow the grinder for our next project - two desks, coffee table and chair from the living room. There will be a lot of work, but it can't wait.
Czyściłam je ręcznie papierem i miałam zamiar rozłożyć sobie tę pracę na dwa dni. Jednak czując jak bardzo jest to męczące zajęcie, postanowiłam "pyknąć" je na raz. Kilka godzin i po sprawie. Następnego dnia nie mogłam wstać z łóżka, bo to że bolało mnie całe ramie i dłoń to pikuś, ale znów dopadł mnie mój kręgosłup - odcinek lędźwiowy, który bardzo lubi utrudniać mi życie. Cóż, już jest lepiej i widok krzeseł stojących wokół stołu w kuchni (który, nawiasem mówiąc, też jest do wymiany) cieszy oko i pozwala zapomnieć o bólu.
Dwa z nich trzeba było skleić. Tu z pomocą przyszły pasy ściągające. Krzesła jedynie zawoskowaliśmy, bo bardzo podobał mi się kolor, jaki pokazał się po ich oczyszczeniu - jaśniejszy, chłodniejszy. Siedziska obiłam najprostszym płótnem lnianym.
Wosku zostało nam DUŻO, zatem pożyczamy szlifierkę i zabieramy się za dwa biurka, stół kawowy (nie mylić ze stolikiem, bo jest ogromny) z dziennego i krzesło, które stoi przy jednym z biurek. Pracy będzie sporo, ale już nie mogę się jej doczekać. Może przy okazji zmienię gałki w biurku? Czuję po kościach, że tak :)
Dzieci przyniosły mi dziś bukiet polnych kwiatków. Świetnie pasują do lnu!
english version
Chairs and chairs and chairs .... but we ended up, so here are the photos!
I cleaned all the chairs manually with the sanding paper, and I was going to lay out the work for the two days. But it was a very tiring job, so I decided to finish them at one time. A few hours and that's it. The next day I could not get out of bed because my whole arm and my back hurts like hell. Well, It's better now. Chairs standing around the table in the kitchen (which we have replace too) pleases the eye and lets you forget about the pain.
Two of them had to be glued. We put on them a coat of wax because we loved the color that showed up after sanding - lighter, cooler. I also upholstered the sits with simplest linen cloth.
We have PLENTY of wax left, so we borrow the grinder for our next project - two desks, coffee table and chair from the living room. There will be a lot of work, but it can't wait.
Etykiety:
dekoracje,
kuchnia,
nasze mieszkanie,
przedmioty z duszą,
Tomi,
wyszperane,
Zosia
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Krzesełka za bezcen!
Dawno mnie nie było, jest mi wstyd, ale tak naprawdę nie miałam co pokazywać. Trwaliśmy w jakimś dziwnym pozimowym stanie uśpienia, nic w domu nie czyniąc. Ostatnia wyprawa na giełdę zaowocowała niecodziennym i jak to zazwyczaj bywa, niespodziewanym zakupem.
Wybraliśmy się tam z Anią z Ruderki (pamiętacie Ją? :)) Ania się urządza w nowym miejscu i postanowiłyśmy wyskoczyć na polowanie. Zasadziłam się na szafkę pod telewizor, ale oczywiście nic nie znalazłam. Za to już w drodze powrotnej zauważyłam cztery krzesełka. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Dla znających się, to lata trzydzieste, Art Deco prawda? Od razu miałam w głowie efekt końcowy. Mój niezastąpiony Mąż (tak, podlizuję się, bo przerażony drobnym klejeniem nie był pewien zakupu) stargował cenę do stu złotych. Za cztery krzesła!
Jestem na etapie poszukiwań tkaniny na siedziska, dzisiaj kupiłam wszystko co potrzebne do renowacji, chciałam pobawić się w politurę, ale spękałam :/ Siedziska są na sprężynach, wcale nie zniszczone, do wymiany jedynie tapicerka.
Co o nich sądzicie?
Po odnowieniu wylądują w kuchni, tuż obok kredensu. Sądzę, że będą pasowały jak ulał :D
Przy okazji pokażę co zmajstrowałam, już dosyć dawno temu. Wieszak na klucze, żeby już nie trzeba było szukać ich po całym domu :)
Deseczka pochodzi z bardzo starej stodoły należącej do znajomych, decor z allegro, haczyki z marketu budowlanego (niestety nie znalazłam nic na starociach, ale nie ustaję w poszukiwaniach :)
english version
Ok, I was quiet and I'm ashamed, but I really did not have a lot to show. But! Last trip to the flea market has resulted in an unusual and as is usually the case, an unexpected purchase.
We went there with our friend Anne. I was looking for the cabinet under the TV, but of course I did not find anything. But on the way back, I saw four chairs. It was love at first sight. It's Art Deco isn't it? My irreplaceable husband haggle over the price to one hundred zloty (about 23 euro). For the four chairs!
I'm looking for the fabric on the seats. Today I bought everything I needed for the renovation. Seats are on springs, not destroyed, I have to exchange seats only.
What do you think of them?
They will end up in the kitchen, next to the dresser. I think they will fit like a glove: D
By the way, I'll show what I've made, already quite a long time ago. Hanger for keys.
Board comes from a very old barn belonging to friends, decor is from online shop, hooks of DIY shop (unfortunately I did not find anything on the flea market, but I'm still looking :)
Wybraliśmy się tam z Anią z Ruderki (pamiętacie Ją? :)) Ania się urządza w nowym miejscu i postanowiłyśmy wyskoczyć na polowanie. Zasadziłam się na szafkę pod telewizor, ale oczywiście nic nie znalazłam. Za to już w drodze powrotnej zauważyłam cztery krzesełka. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Dla znających się, to lata trzydzieste, Art Deco prawda? Od razu miałam w głowie efekt końcowy. Mój niezastąpiony Mąż (tak, podlizuję się, bo przerażony drobnym klejeniem nie był pewien zakupu) stargował cenę do stu złotych. Za cztery krzesła!
Jestem na etapie poszukiwań tkaniny na siedziska, dzisiaj kupiłam wszystko co potrzebne do renowacji, chciałam pobawić się w politurę, ale spękałam :/ Siedziska są na sprężynach, wcale nie zniszczone, do wymiany jedynie tapicerka.
Co o nich sądzicie?
Po odnowieniu wylądują w kuchni, tuż obok kredensu. Sądzę, że będą pasowały jak ulał :D
Przy okazji pokażę co zmajstrowałam, już dosyć dawno temu. Wieszak na klucze, żeby już nie trzeba było szukać ich po całym domu :)
Deseczka pochodzi z bardzo starej stodoły należącej do znajomych, decor z allegro, haczyki z marketu budowlanego (niestety nie znalazłam nic na starociach, ale nie ustaję w poszukiwaniach :)
english version
Ok, I was quiet and I'm ashamed, but I really did not have a lot to show. But! Last trip to the flea market has resulted in an unusual and as is usually the case, an unexpected purchase.
We went there with our friend Anne. I was looking for the cabinet under the TV, but of course I did not find anything. But on the way back, I saw four chairs. It was love at first sight. It's Art Deco isn't it? My irreplaceable husband haggle over the price to one hundred zloty (about 23 euro). For the four chairs!
I'm looking for the fabric on the seats. Today I bought everything I needed for the renovation. Seats are on springs, not destroyed, I have to exchange seats only.
What do you think of them?
They will end up in the kitchen, next to the dresser. I think they will fit like a glove: D
By the way, I'll show what I've made, already quite a long time ago. Hanger for keys.
Board comes from a very old barn belonging to friends, decor is from online shop, hooks of DIY shop (unfortunately I did not find anything on the flea market, but I'm still looking :)
Etykiety:
coś z niczego,
dekoracje,
kuchnia,
nasze mieszkanie,
przedmioty z duszą,
wyszperane
czwartek, 28 marca 2013
Wielkanocnie, zimowo
Znów dłużej mnie nie było.
Pogodę mamy 'piękną", prawda? Postanowiłam nieco się dostosować do zimowej aury i postawiłam na jasne barwy. Cudowne kropasy to prezent od Dzikiej Lokatorki. Umówiłyśmy się na wymianę - lale za cudowne emalie z Olkusza :) Paka przyszła tak wielka, że Zocha pytała czy to kolejny rower dla niej ;) Dzbanek, kanka na mleko, dwie GIGANTYCZNE puszki (nie mam jeszcze pojęcia co w nie wsadzić) i słodki, błękitny pojemnik na kawę, który świetnie wpisuje się w rodzącą się kolekcję błękitnych puszek. Dodatkowo dwa mniejsze dla Zosi, do jej kuchni i uśmiechnięte łychy i jajo w muchomory.... Cuda, cuda!
Weather we have 'beautiful', is not it? I decided to adjust the easter decoration to wintry weather and use off white colors. Polka dots stuff are from Dzika Lokatorka. We arranged an exchange - some of my dolls for the wonderful enamels of Olkusz :) Package came so big that Zocha asked that is another bike for her;) Jug, stuff for milk (?), two giant cans (I do not even know what to put in them ) and sweet blue coffee container that fits perfectly in the emerging blue boxes collection. Also we found in the package two smaller cans for Sophie, to her kitchen and smiling spoons, and egg in mushrooms patterns .... miracles, miracles!
Pogodę mamy 'piękną", prawda? Postanowiłam nieco się dostosować do zimowej aury i postawiłam na jasne barwy. Cudowne kropasy to prezent od Dzikiej Lokatorki. Umówiłyśmy się na wymianę - lale za cudowne emalie z Olkusza :) Paka przyszła tak wielka, że Zocha pytała czy to kolejny rower dla niej ;) Dzbanek, kanka na mleko, dwie GIGANTYCZNE puszki (nie mam jeszcze pojęcia co w nie wsadzić) i słodki, błękitny pojemnik na kawę, który świetnie wpisuje się w rodzącą się kolekcję błękitnych puszek. Dodatkowo dwa mniejsze dla Zosi, do jej kuchni i uśmiechnięte łychy i jajo w muchomory.... Cuda, cuda!
English version
Weather we have 'beautiful', is not it? I decided to adjust the easter decoration to wintry weather and use off white colors. Polka dots stuff are from Dzika Lokatorka. We arranged an exchange - some of my dolls for the wonderful enamels of Olkusz :) Package came so big that Zocha asked that is another bike for her;) Jug, stuff for milk (?), two giant cans (I do not even know what to put in them ) and sweet blue coffee container that fits perfectly in the emerging blue boxes collection. Also we found in the package two smaller cans for Sophie, to her kitchen and smiling spoons, and egg in mushrooms patterns .... miracles, miracles!
Etykiety:
dekoracje,
inne,
kuchnia,
nasze mieszkanie,
przedmioty z duszą
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Polski design dla dzieci
Miło, gdy ktoś doceni wytwory naszych rąk, prawda? Na glamour.pl ukazał się właśnie artykuł pani Agnieszki Niedzielak-Kowalskiej o polskim designie dla dzieci. Są tam też i moje lale! Radość mnie rozpiera, no bo jak tu się nie cieszyć? Mało tego, moje lale stanęły w jednym szeregu z obracankami Agatki (Miszkomaszko) oraz serii Mamoko Aleksandry i Daniela Mizielińskich!
Jupi!
Zajrzyjcie TUTAJ

piątek, 11 stycznia 2013
Kredensior
Czyli wymarzone dopełnienie mojej kuchni. Stoi po stronie, której nigdy Wam nie pokazywałam. Nigdy nie była zbyt interesująca. Teraz nie mogę oderwać od niej oczu.
Zauważyłam go kiedyś na Allegro, zapisałam sobie nawet zdjęcie. Potem okazało się, że jest ze sklepu, w którym kupiliśmy kiedyś nasze ławiszcze do pokoju dziennego ;) Do wspomnianego składu wszelkich staroci weszliśmy z zamiarem znalezienia sensownej szafki pod tv. Nic nie znaleźliśmy, ale moje oczy wypatrzyły kredens. Po chwilowych pertraktacjach ze współmałżonkiem, stał się mój. To znaczy nasz....
Ma piękne zdobienia, pojemne i wielce tajemnicze wnętrze i pewnie jakąś ciekawą historię. Jaka szkoda, że nigdy jej nie poznamy!
Teraz mam tyle miejsca do przechowywania, że chyba rzucę się do sklepów z klamotami, bo wreszcie mam je gdzie upychać! Jest bosko!
Marta
english version
Zauważyłam go kiedyś na Allegro, zapisałam sobie nawet zdjęcie. Potem okazało się, że jest ze sklepu, w którym kupiliśmy kiedyś nasze ławiszcze do pokoju dziennego ;) Do wspomnianego składu wszelkich staroci weszliśmy z zamiarem znalezienia sensownej szafki pod tv. Nic nie znaleźliśmy, ale moje oczy wypatrzyły kredens. Po chwilowych pertraktacjach ze współmałżonkiem, stał się mój. To znaczy nasz....
Ma piękne zdobienia, pojemne i wielce tajemnicze wnętrze i pewnie jakąś ciekawą historię. Jaka szkoda, że nigdy jej nie poznamy!
Teraz mam tyle miejsca do przechowywania, że chyba rzucę się do sklepów z klamotami, bo wreszcie mam je gdzie upychać! Jest bosko!
Marta
english version
It is the perfect complement to my kitchen. It stands on the side which I never showed you. It never been too interesting. Now I can't take my eyes off my new buffet/china closet/dresser (?)
I noticed him once on the auction, I safe up picture in favourite folder. Then it turned out that it comes from the store where we bought our coffe table for the living room;) So we went there with the intention of finding a tv cabinet. Didn't find anything, but I've noticed dresser. After negotiations with my hubby, it becames mine. Well, ours ....
It has a beautiful decoration, spacious interior and it's very mysterious, and probably have some interesting history.
Now I have enough space to store, so I will probably throw myself to stores with goodies ;)
Now I have enough space to store, so I will probably throw myself to stores with goodies ;)
Etykiety:
dekoracje,
kuchnia,
nasze mieszkanie,
przedmioty z duszą
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































